czwartek, 10 marca 2011

Czy...

...u Was też SYPIE ŚNIEG????
Wiem, bywają większe nieszczęścia, wiem, w marcu jak w garncu (plus różne inne ludowe mądrości)  i ostatecznie wciąż jeszcze mamy zimę, ja to wszystko wiem, ale...Znowu? Kiedy właśnie dojrzałam do decyzji, by pochować kozaki? Kiedy właśnie odebrałam od szewca półbuty i niskie botki? Eeee, do bani z takim klimatem;)
A ponieważ istnieją marne szanse (w każdym razie w moim przypadku) na zmianę klimatu na bardziej sprzyjający, pozostaje tylko poprawić sobie nastrój poprzez podniesienie poziomu cukru (i kokosu) w organizmie;)

wtorek, 8 marca 2011

Jak widać na załączonym obrazku...

...mój małż dba i to bardzo (taki troskliwy znaczy), bym w najbliższym czasie nie utraciła wypracowanego przez zimę nowego wizerunku - ludzika z reklamy opon Michelin. Żebym przypadkiem nie schudła, bo wtedy opony (moje, w przeciwieństwie do reklamowych, są wysokotłuszczowe) nie układają się na ciele tak gustownie;)
I jestem prawie pewna, że podstępnie kupił puszkę zawierającą wiśnie w likierze.
On nie lubi, więc wiadomo, kto pożre całą zawartość:)

poniedziałek, 7 marca 2011

Nowe meble;)

Nowe meble.
Właściwie mebel.
W zasadzie - komoda.
Ściślej - komódka.
Dokładniej - według producenta - szufladki warsztatowe.
Konkretniej - według mnie - komódka biżuteryjna.
Szczegółowiej - komódka pierścionkowa.

Mało ona glamour, mało trendy, ale nie to miałam na względzie, dokonując zakupu.
Nareszcie koniec z bezwładnym i bezładnym miotaniem się ( w dzikim szale, z pianą i niecenzuralnymi słowy na ustach) od pudełka do puzderka w poszukiwaniu pierścionka, który by akurat pasował do bluzki, lakieru, torebki albo inszej części stroju lub nastroju nosicielki.
Tak. Wiem. To już obsesja.
Nie. Nie liczyłam.
Dla własnego zdrowia psychicznego.
Bo jeszcze by się okazało, że to coś gorszego, niż obsesja.
Już i tak przerażeniem napawa mnie myśl, że na moje lakiery do paznokci potrzebuję komody pełnogabarytowej.

czwartek, 3 marca 2011

Porzućcie wszelką nadzieję...

Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy tu wchodzicie...a na diecie jesteście. Wstępujecie bowiem (na własną odpowiedzialność) w kręgi piekła (i to wcale nie boskiego, jak sugeruje dantejski wstęp). Porzućcie nadzieję (chwilowo) na schudnięcie, rozstępują się oto przed Wami wrota piekła tłustoczwartkowego:) Oczom waszym ukażą się rzeczy grzesznie pyszne, diabelsko kaloryczne, piekielnie słodkie
W pierwszym kręgu piekielnym biało odziane diabły smażą w oleju wrzącym nie dusze grzeszników, lecz rozpustnie krągłe (jako i autorka tekstu tego) słodkości. Nadziewają cuda one dobrem rozmaitym, na przekór (jak to diabły złośliwe) profesorowi Blikle wcale nie różą (która do diabelskich wypieków nie przystoi).
Oto pączek wyśmienity, lukrem białym oblany, z bitą śmietaną w środku.
Oto brat jego, z diabelsko czarną, makową duszą.
I trzeci, który swym wnętrzem do grzechu namawia, kusząc adwokatowym nadzieniem.

I na koniec, gdy już zda Wam się, że uległyście wszelkim grzechom dnia dzisiejszego, oczom Waszym ukazuje się pączkowy grzech główny, creme de la creme, king of all kings, obsypany zrumienionymi kokosowymi wiórkami pączek malibu, kryjący w swym środku nadzienie kokosowe z kroplą alkoholu.

Więcej grzechów nie pamiętam, a raczej nie zmieszczę;)