piątek, 5 lipca 2013

Nie miała baba...

...za dużo czasu, to się jeszcze zafiksowała scrapowo;)
Nie są to do końca klasyczne scrapy, ale takie tam moje wariacje;)








Miłego weekendu:)

czwartek, 20 czerwca 2013

Asertywność potrzebna od zaraz;)

Jak w tytule...Jakieś kursy/warsztaty/korepetycje, cokolwiek. Niech mnie ktoś w końcu nauczy, jak mówić "nie", bo już totalnie dam sobie wejść na głowę i przygnieciona - zniknę;)
Tym razem dałam się wrobić w pomoc pannie młodej (siostrzenicy M.) w ubieraniu się do ślubu. Samo w sobie nic złego, ale na tydzień przed ślubem dowiedziałam się, że cała garderobiana akcja ma być filmowana, a to już niezupełnie moja bajka.

Mam nadzieję, że zostanie pod ten filmik podłożona jakaś głośna muza, bo w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że panienkami lekkiego prowadzenia się (czyli kur**mi oczywiście) nie rzucam wcale w myślach, lecz na głos. No nie nadaję się na ślubną filmowaną garderobianą, przykro mi.
Przy okazji kręcenia usiłowałam ubić własny interes i namówić kamerzystę, by mi "sfotoszopował" worki podoczne, ale pan filmowiec nie wykazał woli współpracy w tym temacie;)
Gwoździem programu była scenka, w której panna młoda przytulała się czule do poduszki ze zdjęciem przyszłego męża, robiąc przy tym tęskną minę zranionej sarenki.
I wtedy pomyślałam:
1. ...i co ja robię tu, co ja tutaj robię...
2. zamiast pchać na siłę do mikrej kopertówki błyszczyk, tusz i chusteczkę, trzeba tam było wcisnąć piersiówkę z przyjemnie otumaniającą i zobojętniającą substancją;)

Ten drugi błąd nadrobiłam już na weselnym przyjęciu (które, wbrew moim obawom, okazało się całkiem udane). Po pierwszym drinku opuściło mnie zdenerwowanie, po drugim mogłam się już sama śmiać ze swojego udziału w wiadomym filmiku (pomogła świadomość, że choć "grałam" beznadziejnie i nie trzymałam się ani tekstu ani scenariusza, nikt mi za tę "rolę" nie wlepi Złotej (ani żadnej innej) Maliny, po trzecim drinku zaczęłam się dobrze bawić:)

Teraz delektuję się truskawkowym koktajlem, wzmocnionym nieco kropelką (umownie;p) malibu i otoczona wentylatorami próbuję przetrwać ten piekielny upał:)

poniedziałek, 27 maja 2013

Mea culpa...

mea maxima culpa ( czy jakoś tak to leciało), że z takim poślizgiem wpis prezentowy się ukazuje. A nawet nie tyle wpis, ile fotki (no chyba, że znów ten ...wykropkowany blogspot się zbiesi i fotki nie wgra)
Kochane dziewczyny, kobiety, baby moje miłe - dziękuję Wam wszystkim raz jeszcze:)
Jesteście jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne, wyjątkowe - nie zmieniajcie się nigdy:)
Oooo, cuda i dziwy, udało się:)
Dziękuję raz jeszcze:*** Agnicha, Anka, Monika, Aggie, Amolko, Ju, Martyna, Czarna Ania, Czesterek, Ciotka Ania, Madeleine:*** Marteniczka, Gosia, Rzaba, Bułeczka, Efyre:** I cała reszta:*

środa, 8 maja 2013

Komplementy;)

Ostatnio wciąż natykam się na różne artykuły i felietony, mówiące, że powinnyśmy nauczyć się przyjmować komplementy.
Zawsze mi się wydawało, że chyba to potrafię.  Moją wiarą zachwiała dziś ciocia, której nie widziałam wieki całe. Na mój widok wykrzyknęła radośnie (i donośnie): dobrze wyglądasz! Zanim zdążyłam z wdziękiem przyjąć komplement, ciocia dokończyła zdanie: przytyłaś:). Wdzięk mi zdechł, zanim zdążył się objawić;) I jak tu przyjąć takie - wątpliwe - komplementy? Najlepiej chyba wymazać z pamięci;)
Wymazywałam więc intensywnie, w pocie czoła (no dobra, w pocie całego ciała) ćwicząc na zajęciach z zumby. Wróciłam zmęczona, spocona, zziajana ale szczęśliwa, w oczach mając upojną wizję zrzuconych kalorii. A w domu przywitał mnie taki widok:

W tym miejscu powinna się pojawić fotka megawypasionego, prawie półmetrowego ciasta (czekoladowy biszkopt, na nim wielka warstwa kremu na bazie śmietany z kawałkami mandarynek, druga warstwa kremu mocno alkoholowego plus cytrusowa, również alkoholizowana polewa), które to cudo mąż dostał od właścicielki najlepszej rudzkiej cukierni jako dodatek do zapłaty. Niestety (a może i dobrze, gwarantuję, że dopadłby Was uciążliwy i wielce nieestetyczny ślinotok) coś mi się tu popiętroliło i nie mogę dodać zdjęć:/

Nie będę ściemniać, że oparłam się pokusie:) Ale mając na uwadze słowa ciotki, wesele na karku i Iwonę, której obiecałam wzajemne wsparcie - pożarłam tylko maleńki kawałek, kategorycznie nakazując, by małżon usunął mi ten grzeszny produkt sprzed oczu, najlepiej konsumując go na poczekaniu:) Z pokoju obok słyszę pełne rozkoszy westchnienia i mlaski, więc mam nadzieję, że polecenie zostanie wykonane;)

Aaaaa, dostałam już pierwszy urodzinowy prezent - Aniu, cioteczko nasza, dziękuję:*