Rano miałam umówioną wizytę u mojej dentystki, a że przyszłam ciut za wcześnie, siedziałam sobie w poczekalni i usiłując nie słuchać jęku i wizgu maszynerii zębowej, rozmyślałam sobie. O swoich przygodach dentystycznych, tak jakby nie było ciekawszego tematu:)
Pierwsze skojarzenie - Rzeźnik. Był to stomatolog, do którego trafiłam jako nastolatka. Był potężny i masywny jak rzeźnik, fartuch miał taki podobny do pana z mięsnego z dawnych lat i w ogóle jakoś tak widzę go w wyobraźni jako wielkiego chłopa z rzeźniczym toporem. Podejście do pacjentów też takie bardziej miał masarskie. Poszłam do niego z maleńką dziureczką, prawie mikroskopijnej wielkości (czy małości raczej). Rzeźnik rozwiercił mi ją do rozmiarów krateru wulkanicznego, a wcześniej, mimo moich próśb, nie dał znieczulenia, twierdząc obłudnie, że dziurka malutka i nic nie poczuję. Kłamał. Bolało. Bolało jak diabli. Nie lubię rzeźniczych oszustów, więcej tam nie poszłam.
Kolejnym moim "godnym" zapamiętania dentystą-sadystą był Niekompetentny Chamski Dupek. Pewnego sobotniego wieczoru, dawno dawno temu zaczął mnie boleć ząb. Nie bolał mocno, ale za to nie uśmierzały tego bólu żadne stosowne piguły. W niedzielę było już duuuużo gorzej, a w poniedziałek obudziłam się już bez bólu, za to z lewą stroną twarzy dwa razy większą od prawej. Opuchlizna wielkości melona sprawiała, że głowa wciąż przechylała mi się na lewą stronę. Usta mogłam otworzyć tylko tyle, że mogłaby się w nich zmieścić wisienka. Jedna i to malutka. Potem się dowiedziałam, że opuchlizna naciska na jakiś nerw czy coś tam i zrobiło mi się coś w rodzaju szczękościsku. Z obłędem w oczach i melonem na obliczu pognałam w strachu do najbliższego gabinetu. Niekompetentny Chamski Dupek najpierw się na mnie rozdarł, że nie otwieram szerzej paszczęki (jasne - kaprys taki miałam) i on nic nie widzi. Potem niedelikatnie dotknął mojego spuchniętego melonowo policzka, przez co odruchowo z bólu wierzgnęłam nogą. I to był koniec wizyty - Dupek rozdarł się jeszcze bardziej, że mu demoluję fotel, że nie wiadomo, który ząb mam chory, bo nie chcę otworzyć ust i on nie zamierza się ze mną męczyć. Dał skierowanie do kliniki szczękowej, co prawdopodobnie było najmądrzejszą decyzją w jego nędznej karierze.
Oszczędzę Wam opisu moich licznych wizyt w klinice, zwłaszcza koszmarnie bolesnej pierwszej, podczas której rozcięto mi tę opuchliznę i... W każdym razie, mimo cierpień wielkich do dziś miło wspominam tamten fachowy i sympatyczny personel.
Potem był Doktor Zezol (nie muszę chyba wyjaśniać, skąd taki przydomek;) ). Wspaniały dentysta, miły, delikatny i bardzo fachowy. Niestety, z każdą niemal wizytą wyceniał swoją fachowość coraz drożej i drożej, więc w pewnym momencie mój portfel zastrajkował i zmuszona byłam znowu zmienić stomatologa.
Teraz leczę się u młodej pani stomatolog, Doktor Aparat (nosi fajne żelastwo na zębach). Jestem zadowolona i mój portfel też:). Po dzisiejszej wizycie zostało mi nawet parę złotych, więc kupiłam michę winogron, pięknych i dorodnych:) Podejrzałam wczoraj takie u Marty, a że zachciewna jestem nad wyraz, to sobie dziś kupiłam.
Miłego weekendu i - nie, żebym marudziła, ale - niech ktoś sobie zabierze ten deszcz:)
Żółta Koszula
1 godzinę temu
