Nareszcie sobota:) Wyczekiwana i upragniona po całym "urzędowym" tygodniu. Bo każdy niemal dzień w tym tygodniu spędziłam w takim czy innym urzędzie czy też instytucji. Nie, nie - to nie moje nowe hobby ani też insze zboczeństwo, lecz niestety smutna konieczność. Po kilku dniach odkryłam u siebie objawy urzędofobii i drobne drgawki na widok jakiejkolwiek czerwonej tabliczki z białymi napisami. I biurokracji wszelkiej mam już po kokardę (w zasadzie znacznie wyżej) i nie życzę sobie w najbliższym czasie przestępować progu jakiegokolwiek gmachu urzędowego. Nie i już; prośbą, groźbą ani nawet przekupstwem nikt mnie do tego nie zmusi. No, ewentualnie dam się skorumpować, jeśli łapówka będzie interesująca:) Póki co jednak mam totalny urzędowy przesyt i to na bardzo, bardzo długo.
Góry formularzy, często kompletnie niepotrzebnych i niezrozumiałych, papiery, papierki, kolejki, nieuprzejmi i niekompetentni urzędnicy, żrący się między sobą petenci - koszmar nareszcie się skończył.
Dla "spokojności" po urzędowych przejściach zapijam się herbatką - gruszka z melisą.
Wątpię, by podziałała na mnie uspokajająco (w tym celu musiałaby chyba być "oprocentowana"), ale smaczna jest, to sobie piję:)
A w nagrodę za to, że nie pogryzłam żadnego urzędasa, nawet głosu nie podniosłam ani nie walnęłam torebką w wyfiokowany łeb żadnej wściekłej baby z urzędowych kolejek (a było blisko, oj, było...) sprawiłam sobie dwa szale:)
Miłego weekendu:****
sobota, 6 marca 2010
piątek, 5 marca 2010
Dieta płynna/makaronowa:)
Rozsmakowałam się ostatnio w czekoladzie na gorąco. I pijąc ją usiłuję sama sobie wcisnąć kit, że skoro to czekolada w płynie, to ma mniejsze właściwości tuczące i mniej się odkłada w postaci fałd oponiastych na brzuchu, niż czekolada w kostkach. Naiwniaczka:))) Żeby nie powiedzieć - frajerka:)
Dla odmiany małż został niejako zmuszony do przejścia na dietę makaronową. I nie zmuszała go do tego jakaś dietetyczna konieczność, tylko własna żona, która - jako kobieta uległa - uległa była szałowi promocji i kupiła takie oto zestawy makaronów ( z solą morską w młynku gratis) w ilościach prawie hurtowych.
Opłacało się - 2 paczki pełnoziarnistego makaronu + młynek z solą - 5 zł z groszami.
No, a teraz ktoś te sterty makaronu musi zjeść:)
Całe szczęście, że oboje lubimy makaron i to pod postacią różnych potraw, więc nie będzie problemu z konsumpcją poczynionych przeze mnie zakupów.
Dziś zapiekanka : makaron penne, pieczarki, cebulka, ser. Macie ochotę?
Dla odmiany małż został niejako zmuszony do przejścia na dietę makaronową. I nie zmuszała go do tego jakaś dietetyczna konieczność, tylko własna żona, która - jako kobieta uległa - uległa była szałowi promocji i kupiła takie oto zestawy makaronów ( z solą morską w młynku gratis) w ilościach prawie hurtowych.
Opłacało się - 2 paczki pełnoziarnistego makaronu + młynek z solą - 5 zł z groszami.
No, a teraz ktoś te sterty makaronu musi zjeść:)
Całe szczęście, że oboje lubimy makaron i to pod postacią różnych potraw, więc nie będzie problemu z konsumpcją poczynionych przeze mnie zakupów.
Dziś zapiekanka : makaron penne, pieczarki, cebulka, ser. Macie ochotę?
środa, 3 marca 2010
Kup sobie psa...
...Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...
Wysiadam. A raczej padam. Nie mam na nic czasu, zwaliło się na mnie całe mnóstwo różnych, różnistych spraw do załatwienia, wizyt ( towarzyskich, lekarskich i innych), łażenie po urzędach i instytucjach wszelakich, a jakby tego było mało ciągle boli mnie głowa, spadł śnieg i wkurza mnie chłop. No, w końcu nikt nie obiecywał, że cały czas będzie różowo-bajkowo, nie?
Znalazłam wśród swoich zapisków fragment książki "Miłość, ciekawość, prozac i wątpliwości" (Lucia Etxebarria). Dziś prezentuję takie mniej więcej nastawienie:
"...- Potrzebuję faceta - jęknęłam.
- Nie, dziewczyno. Potrzebujesz seksu.
- Potrzebuję towarzysza.
- Kup sobie kota.
- Nie cierpię kotów, nudzą mnie.
- Więc kup sobie psa. Tak, kup psa. Jeśli go będziesz dobrze karmić, to Cię pokocha na zawsze. Tak
samo jak facet, tylko bez tych wszystkich problemów..."
Buziaki, dziewczyny:*
Wysiadam. A raczej padam. Nie mam na nic czasu, zwaliło się na mnie całe mnóstwo różnych, różnistych spraw do załatwienia, wizyt ( towarzyskich, lekarskich i innych), łażenie po urzędach i instytucjach wszelakich, a jakby tego było mało ciągle boli mnie głowa, spadł śnieg i wkurza mnie chłop. No, w końcu nikt nie obiecywał, że cały czas będzie różowo-bajkowo, nie?
Znalazłam wśród swoich zapisków fragment książki "Miłość, ciekawość, prozac i wątpliwości" (Lucia Etxebarria). Dziś prezentuję takie mniej więcej nastawienie:
"...- Potrzebuję faceta - jęknęłam.
- Nie, dziewczyno. Potrzebujesz seksu.
- Potrzebuję towarzysza.
- Kup sobie kota.
- Nie cierpię kotów, nudzą mnie.
- Więc kup sobie psa. Tak, kup psa. Jeśli go będziesz dobrze karmić, to Cię pokocha na zawsze. Tak
samo jak facet, tylko bez tych wszystkich problemów..."
Buziaki, dziewczyny:*
poniedziałek, 1 marca 2010
Wietrzny poniedziałek.
Uuu, wieje u nas przestrasznie. Tak okropnie, że wywiewa z głowy wszelkie myśli o dłuższym pobycie na dworze (mam wrażenie, że z mojej głowy w ogóle wszystko wywiało). No, ale czasem wyjść trzeba. I dlatego nie po raz pierwszy ucieszyłam się, że fryzurę mam taką z serii: artystyczny nieład - właśnie wstałam z łóżka. Co prawda, gdy wychodziłam z domu, fryzura mówiła, że spałam całą noc na prawym boku, a jak wracałam, to stan mojego owłosienia bardziej wskazywałby na to, że spędziłam noc wisząc za nogi pod sufitem, ale kto by się tam przejmował takimi detalami:) Ważne, że mi głowy nie urwało:)
I scenę filmową zaliczyłam, z czego się akurat niezbyt cieszę. Pamiętacie tę słynną scenę, gdy Marilyn Monroe podwiewa do góry sukienkę? Dla niezorientowanych w temacie - fotka.
No, to coś takiego mniej więcej mnie spotkało. Oczywiście, ja nie MM, więc zamiast - jak ona - wdzięcznie się uśmiechnąć, wykrzywiłam się paskudnie oraz wyraziłam niecenzuralnie. Bo jakoś wystawianie całych nóg i połowy tyłka na widok publiczny specjalnie mnie nie ucieszyło.
A jak u Was? Też tak wieje?
I scenę filmową zaliczyłam, z czego się akurat niezbyt cieszę. Pamiętacie tę słynną scenę, gdy Marilyn Monroe podwiewa do góry sukienkę? Dla niezorientowanych w temacie - fotka.
No, to coś takiego mniej więcej mnie spotkało. Oczywiście, ja nie MM, więc zamiast - jak ona - wdzięcznie się uśmiechnąć, wykrzywiłam się paskudnie oraz wyraziłam niecenzuralnie. Bo jakoś wystawianie całych nóg i połowy tyłka na widok publiczny specjalnie mnie nie ucieszyło.
A jak u Was? Też tak wieje?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

