sobota, 17 września 2011

Weekendowy szał:)

Zaciekawiłam Was? :)
Szkoda, że to tylko nazwa lakieru Barbra, z serii Colour Alike, mój weekend do szalonych raczej nie będzie należał.
Dziś w planach nadrabianie zaległości w lekturze. Kilka książek z biblioteki czeka w kolejce, a jakby tego było mało, wczoraj upolowałam dwie nowe, 4.99 za sztukę:) Myślę, że niska cena jest wystarczającym usprawiedliwieniem zakupu:)
Miłego weekendu:*

środa, 14 września 2011

(Ju)rajska niedziela;)

Mirów...
Bobolice...
 I okolice...
Buziaki:*

piątek, 9 września 2011

Nieoczekiwana zmiana planów;)

Kilka dni temu miałam plan. Prosty był, łatwy i przyjemny - aquapark.
Przystępując do realizacji wyżej wymienionego, wywlokłam z czeluści szuflady strój kąpielowy. A już po chwili mój misterny plan zaczął się sypać (prawie jak pisząca te słowa). W zasadzie po prostu - sprawa się rypła;)
Ubrałam strój. W każdym razie takie było zamierzenie. W praktyce wyglądało to tak, że wciągając wszystko, co wciągnąć zdołałam (powłoki brzuszne mam na myśli i insze takie tam przyległości, czy raczej zwisłości), usiłowałam, stękając jak ten taki, co ciężary podnosi, wbić się w ów strój albo chociaż nawlec go na siebie.
Hmmm, zdarzyło mi się kilka razy w życiu zaniemówić z wrażenia, teraz zaniemówiłam raczej z wysiłku i przerażenia. Krótko mówiąc, by nie wdawać się w nikomu niepotrzebne opisy, przywodzące na myśl baleron przesadnie mocno obwiązany sznurkiem, wyglądałam obleśnie. Plan pierdyknął był, zanim jeszcze przystąpiłam do jego realizacji.
Ale ponieważ siedzenie w domu wykluczyłam, zamiast  aquapark w Tarnowskich Górach wybraliśmy inną atrakcję tego miasta - zamek, a właściwie cały kompleks zamkowy (który mogłam sobie spokojnie zwiedzać w stroju dowolnie maskującym).
Kompleks zamkowy mieści się w dzielnicy Tarnowice Stare, w jego skład wchodzą: zamek udostępniony do zwiedzania, który mieści też Centrum Sztuki i Rzemiosła Dawnego, karczma zamkowa ( czyli dawna obora ), kilkugwiazdkowy hotel ( przerobiony z dawnej zamkowej świniarni ). W odremontowanych dawnych domach czeladnych mieszka obecny właściciel z rodziną, do odrestaurowania pozostały jeszcze stajnie, w których prawdopodobnie powstanie oranżeria i centrum spa.
To makieta całego kompleksu, a na ścianie zdjęcia z odbudowy.
Zagrałam też w stuletniego flippera;) Emocje jak przy współczesnym, tylko bez tych wszystkich świateł, dzwonków i innych melodyjek;)
A to rynek w Tarnowskich Górach, zrobiony całkowicie z klocków lego przez czternastolatka:)
Szkoda, że tym razem zabrakło nam czasu, by skonfrontować klockową instalację z realnym widokiem. Zwiedzanie zamku to przeszło godzina, a potem chyba drugie tyle czekaliśmy na zamówienie w zamkowej karczmie. Dodam, że niezwykle praco-i-czasochłonne: latte i herbata;)
Ale i tak było miło, kiedyś wrócimy zobaczyć ten rynek:)
Miłego weekendu:* Mój taki będzie, bo odwiedzą mnie amolko i marteniczka:)

niedziela, 4 września 2011

Klubowo, kameralnie...

Słów kilka o wczorajszym śląskim, bardzo kameralnym spotkaniu klubowym:)
Wiadomo - było super, bo jakże by mogło być inaczej:) Kameralnie - amolko, marteniczka i ja. I wyjątkowo dłuuuugo, więc żałujcie, że Was tam nie było:)
Dziewczyny czekały już na mnie na bytomskim dworcu, dokąd się telepałam prawie godzinę autobusem, z babą o gabarytach szafy gdańskiej przyklejoną do prawego boku ( a upał był cholerny, więc możecie sobie resztę dośpiewać).
Najpierw poszłyśmy do Museum Music Republic, gdzie obżarłyśmy się aż po cebulki włosowe ( makaron, kanapki z grillowaną wołowiną, surówką i frytkami, nachosy). Do tego naprawdę dobre mojito i piwo ze spritem, które piłam pierwszy raz i wygląda na to, że to moja nowa piwna fascynacja (poza wszystkimi innymi zaletami świetnie gasi pragnienie). Przez zupełny przypadek miejsce to okazało się być godne swej nazwy - przez kilkanaście minut byłyśmy zmuszone wysłuchiwać baaardzo "muzealnej" muzyki - siedziałyśmy na dworze, podjechał starszy pan starym autem i 'zapodał' nam jeszcze starszą muzykę, taką z gatunku przyśpiewki ludowe itepe;)
Ania tajemniczo namawiała mnie do skorzystania z toalety, kryjącej podobno coś ciekawego i zaskakującego;) Zapomniałam, więc na pewno trzeba będzie znów odwiedzić to miejsce:) Mam cichą nadzieję, że tym zaskakującym czymś jest jakiś mega przystojny "dziadek klozetowy";)
Potem krótki spacer na bytomski rynek i kawa w Suplemencie. Zamówiłyśmy cappuccino, latte z advokatem i kawę łasucha...i nie, nie ja byłam tym łasuchem;) Fajnie się siedziało, wieczór, rynek pełen ludzi, ciekawych jako obiekty obserwacji czy podsłuchu:) Bo podsłuchiwałyśmy, a jakże - z nadzieją, że - jak panie ze stolika obok - za kilkanaście lat nie będziemy przy kawiarnianym stoliku na głos ekscytowały się widokiem męskich stringów;) Teksty szły ciekawe...i ten sznurek w dupie...i on tam sobie położył jej rękę, a ona nic tam nie poczuła;) Rzecz cała dotyczyła występu Chippendalsów:)
Pewnie posiedziałabym jeszcze, bo było super, ale zaniepokojony późną godziną małż brzęczał mi telefonem, a dziewczyny miały jeszcze przed sobą dłuuuugą noc, więc pożegnałam się, odprowadzona na przystanek tramwajowy i umówiona na ciąg dalszy, tym razem w Rudzie:)
Fotek nie mamy, bo żadna z nas nie pomyślała o aparacie.
Zamiast tego fotka zastępcza, w zasadzie zupełnie nie w temacie:)
Cudowna niespodzianka od naszej Aidy - dziękuję, kochana:****
W następnym wpisie relacja z moich ostatnich niedzielnych wypadów:)

Martuś, dziękuję za pierścień:*
Ps. dla "wtajemniczonych";) - przejeżdżałam wracając obok tego cholernego "mauzoleum" - "nasza" fontanna też świeci, na czerwono nanana;p