niedziela, 20 października 2013

Idzie jesień przez park...

Zarówno miniony, jak i ten weekend (w sumie też już miniony;p) ujawnił w całej okazałości oraz krasie, że złota polska jesień to zjawisko istniejące rzeczywiście, a nie tylko jakiś mit:)
Było ciepło, złoto, kolorowo i pięknie, na fali entuzjazmu przeszło mi nawet przez myśl, żeby się wybrać na grzybobranie. Myśl owa pojawiła się szybko jak błyskawica i jeszcze szybciej zgasła była, jak ta świeczka w horrorze klasy C, w scenie wywoływania duchów;) Bo przypomniało mi się nasze ostatnie grzybobranie, entuzjazm we mnie zdechł i wiedziałam już, że zupy grzybowej to ja raczej nie zjem.
Generalnie to my z M. za grzybami nie przepadamy (wyjątkiem są pieczarki, które możemy zawsze, wszędzie, pod każdą postacią i w dowolnej ilości), ale lubimy pętać się po lasach i grzyby zbierać.
Od kilkunastu lat jeździmy w jedno miejsce. Zawsze czułam się bezpiecznie na takich wyprawach, bo M. bezbłędnie trafiał tam, gdzie chcieliśmy, obserwując podczas wędrówki jakieś tam charakterystyczne punkty w terenie, który dla mnie był tylko skupiskiem drzew i krzaków.
W zeszłym roku M. postanowił przetestować w charakterze leśnego przewodnika gps. Byłam wielce sceptyczna, ale wiadomo - ciężko dziecku zabrać zabawkę, więc ustąpiłam.
Na "naszym" parkingu leśnym było więcej aut niż przed CH Silesia w sobotnie popołudnie, wokół pętały się tabuny ludzi, pojechaliśmy więc kilka km dalej..
Weszliśmy w las, ja uzbrojona w koszyk i kozik, małż w gps i drewniany badyl. M. odpalił ustrojstwo. Nie powiem, dokładne było, pokazywało każdą ścieżynkę, nawet strumyczek nie szerszy niż 10 cm, gdyby jeszcze lokalizowało grzyby byłabym skłonna zmienić zdanie o przydatności owego pudełka.  Małż, zachwycony działaniem, kompletnie olał rozglądanie się po okolicy, beztrosko zagłębialiśmy się coraz bardziej w las, jak ten Jaś z Małgosią, gdy nagle...nie, nie zobaczyliśmy chatki z piernika, tak słodko nie było...gps wydał z siebie jakiś wielce podejrzany skrzek i zdechł był śmiercią nagłą i niespodziewaną.  Wstępne oględziny potwierdziły diagnozę - zgon nastąpił z braku zasilania, gdyż mój genialny małżonek zapomniał przed wyjazdem sprawdzić stan baterii. A jak wiadomo, kabelek w środku lasu możemy sobie co najwyżej wetknąć w wiadome miejsce, tylko nic nam z tego nie przyjdzie (choć miałam straszną ochotę zrobić to M. w tamtej chwili). Po godzinie błądzenia nabrałam nieprzepartej, rosnącej z każdą sekundą ochoty, by przywalić chłopu w łeb koszykiem z bekhendu, wepchnąć mu w otwór gębowy sparszywiałego muchomora i dokończyć dzieła przy użyciu nieco tępego nożyka. A potem, siedząc na spróchniałym pniaku, nie zważając na gryzące mnie w zadek insekty niewiadomego pochodzenia, chciałam już tylko...jeść, pić, do domuuuuuu...Kiedy w środku lasu natknęliśmy się na faceta, który okazał się być jakimś pracownikiem nadleśnictwa, byłam gotowa wycałować go w nieogoloną gębę, podarować mu koszyk z grzybami, zawartość małżowskiego portfela a przede wszystkim ten cholerny gps, byle tylko wyprowadził nas z lasu.
Nigdy przedtem zwietrzała, zimna i gorzka kawa z termosu nie smakowała mi tak wybornie. Nigdy wcześniej nieco już czerstwa bułka z przywiędłym liściem sałaty i obsuszonym już serem nie wydała mi się tak pyszna. Nektar i ambrozja? Greccy bogowie nie wiedzieli, o czym mówią:)
Mając więc jeszcze w pamięci nasze przygody pod hasłem: leśna odyseja 2012 stwierdziłam, że nie jestem jeszcze gotowa na kolejne grzybobranie. Wybrałam spacer w miejscu bardziej oswojonym i dokładnie mi znanym:)
Nie miałabym nic przeciwko, by taka piękna pogoda utrzymała się jak najdłużej:)
A na koniec - efekt bezsennej nocy, czyli kolejna ozdobiona przeze mnie puszka:)
Mam nadzieję, że następny wpis stworzę jeszcze w tym roku;) I że ktoś to w ogóle czyta:)



sobota, 3 sierpnia 2013

Seans filmowy;)

Obejrzeliśmy niedawno film z wspomnianego wcześniej wesela (no dobra, bardzo fragmentarycznie, jakoś nie mam cierpliwości do oglądania takich produkcji).
Jezusieńku, dawno się tak nie uśmiałam:) Scena, w której zwinięta w paragraf u stóp panny młodej, mamrocząca coś (no, wiadomo co) pod nosem,  z dziko zawziętym grymasem twarzy usiłuję zapiąć ten cholerny but powinna przejść do historii kinematografii. Najkrócej rzecz ujmując - przypominam Golluma z Władcy Pierścieni, zwłaszcza pozycją, taką pokurczoną.
Owszem, mam więcej włosów, jestem lepiej ubrana i z całą pewnością to, co mamroczę nie przypomina gollumowego "skarbie, mój skarbie", tylko naszą swojską k***ę pospolitą, ale cała reszta się zgadza.

Wczoraj spotkałam się z naszą klubową Anią, czyli ciotką Imogeną (vel space monkey), było zimne piwo i boskie lody piernikowe (  Ania miała wątpliwości, czy lody piernikowe w środku upalnego lata to dobry pomysł, ale okazało się, że to był strzał w dziesiątkę), a dziś imprezuję ze znajomymi:) Podejrzewam, że piekielny upał zetnie nas z nóg po pierwszym drinku;)


Poduszki, wyprzedaż, KIK, całe 4 zł sztuka:)
159 sztuka w kolekcji, Emma Bridgewater, TK Maxx

Miłego weekendu:)

piątek, 5 lipca 2013

Nie miała baba...

...za dużo czasu, to się jeszcze zafiksowała scrapowo;)
Nie są to do końca klasyczne scrapy, ale takie tam moje wariacje;)








Miłego weekendu:)

czwartek, 20 czerwca 2013

Asertywność potrzebna od zaraz;)

Jak w tytule...Jakieś kursy/warsztaty/korepetycje, cokolwiek. Niech mnie ktoś w końcu nauczy, jak mówić "nie", bo już totalnie dam sobie wejść na głowę i przygnieciona - zniknę;)
Tym razem dałam się wrobić w pomoc pannie młodej (siostrzenicy M.) w ubieraniu się do ślubu. Samo w sobie nic złego, ale na tydzień przed ślubem dowiedziałam się, że cała garderobiana akcja ma być filmowana, a to już niezupełnie moja bajka.

Mam nadzieję, że zostanie pod ten filmik podłożona jakaś głośna muza, bo w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że panienkami lekkiego prowadzenia się (czyli kur**mi oczywiście) nie rzucam wcale w myślach, lecz na głos. No nie nadaję się na ślubną filmowaną garderobianą, przykro mi.
Przy okazji kręcenia usiłowałam ubić własny interes i namówić kamerzystę, by mi "sfotoszopował" worki podoczne, ale pan filmowiec nie wykazał woli współpracy w tym temacie;)
Gwoździem programu była scenka, w której panna młoda przytulała się czule do poduszki ze zdjęciem przyszłego męża, robiąc przy tym tęskną minę zranionej sarenki.
I wtedy pomyślałam:
1. ...i co ja robię tu, co ja tutaj robię...
2. zamiast pchać na siłę do mikrej kopertówki błyszczyk, tusz i chusteczkę, trzeba tam było wcisnąć piersiówkę z przyjemnie otumaniającą i zobojętniającą substancją;)

Ten drugi błąd nadrobiłam już na weselnym przyjęciu (które, wbrew moim obawom, okazało się całkiem udane). Po pierwszym drinku opuściło mnie zdenerwowanie, po drugim mogłam się już sama śmiać ze swojego udziału w wiadomym filmiku (pomogła świadomość, że choć "grałam" beznadziejnie i nie trzymałam się ani tekstu ani scenariusza, nikt mi za tę "rolę" nie wlepi Złotej (ani żadnej innej) Maliny, po trzecim drinku zaczęłam się dobrze bawić:)

Teraz delektuję się truskawkowym koktajlem, wzmocnionym nieco kropelką (umownie;p) malibu i otoczona wentylatorami próbuję przetrwać ten piekielny upał:)