wtorek, 10 sierpnia 2010

Na dowód, że...

Na dowód, że człowiek (co w tym konkretnym przypadku dumnie oznacza mnie) nie samą kawą, goframi i kokosowymi cyckami żyje (choć nie powiem - byłoby to słodkie, leniwe życie), pokazuję moją ukochaną sałatkę.
Uwielbiam ją, choć nie robię zbyt często, mimo że jej przygotowanie jest proste jak konstrukcja cepa i szybsze od komornika.
Nie robię często, bo - co wyznaję ze wstydem - jestem w stanie pożreć pół michy za jednym posiedzeniem, więc wolę unikać pokus;)
Dla ciekawych - przepis:
Porwać na kawałki główkę sałaty lodowej. Wiem, że zwykłej sałaty nie powinno się kroić nożem, nie jestem pewna, czy zasada ta dotyczy też sałaty lodowej, ale na wszelki wypadek drę na strzępki własnymi rencami;)
Dodać puszkę odsączonych z syropu plastrów ananasa, pokrojonych w kostkę. Dla leniwych (to ja) lub zabieganych - można śmiało użyć puszki ananasa już pokrojonego:)
Następnie dokładamy odsączony z zalewy słoik selerowych wiórków. Plus kilka jajek na twardo, pokrojonych w kostkę. Majonez i pieprz. Ewentualnie troszkę ananasowego syropu. I już.
A kiedy wiedziałam, że do sałatkowej michy doczepi się większa ilość zjadaczy, zdarzało mi się dodawać też wcześniej ugotowane różyczki brokuła albo kalafiora:) Albo kawałki kurczaka z rożna:) I było pyszne:) A jeśli przewidujemy naprawdę sporą liczbę głodomorów, można też dodać ugotowany makaron, np. kolorowe penne:) Będzie smacznie i duuuużo:)

Wyżej wspomniany człowiek, czyli ja, nie żyje też samą kawą, choć przyznaję, że dla mnie dzień bez kawy to dzień stracony. Zdarza mi się i herbatę wypić:) Zwłaszcza mrożoną, którą produkowałam i wypijałam litrami podczas upalnych dni.
Na koniec kilka letnich dodatków, niejadalnych:)

piątek, 6 sierpnia 2010

Ojejejeje, nic się nie dzieje;)

Burza - trzęsienie nieba - nadeszła i odeszła, nim zdążyłam pozamykać wszystkie okna. A zapowiadało się groźnie, niebo w mgnieniu oka zrobiło się czarne jak sen pesymisty, gdzieś dalej grzmiało i błyskało. I tyle, w każdym razie u nas - choć gdzieś pewnie było strasznie i groźnie.

Zajrzałam dziś do sh, skorzystałam z promocji pod tytułem: dwie koszulki za dwa złote i tym sposobem nabyłam poniższe:
A w Reporterze, na wieszaku z przecenionymi rzeczami II gatunku (tak brzmiał napis) wypatrzyłam bluzkę za 5 zł. Oglądałam ją z 10 minut, szukając krogulczym wzrokiem oznak drugogatunkowości. Jedyne, co mi przyszło do głowy - uznano ją za drugi gatunek z powodu wściekle oczojebnych, psychodelicznych mazajów. Mnie urzekły rozkloszowane na dole rękawy (mam do takich słabość, jakieś ciągoty cygańsko-hippisowskie we mnie tkwią uparcie i skrycie), więc zakupiłam.
Skoro mój wpis zaczyna żyć własnym życiem i robi się taki bardziej zakupowy, to jeszcze pokażę zakupione wczoraj japonki targowe - pierwsze za 6.50, drugie za 10.
A na koniec coś zupełnie innego, choć równie przyjemnego:)
Z tęsknoty za urlopowymi wrażeniami smakowymi właśnie wyprodukowałam gofry oraz mrożoną kawę, z lodami i kropelką advocata.
I tak zaopatrzona, będę się dziś wieczorem namiętnie wpatrywać w Viggo Mortensena;)
Miłego wieczoru i weekendu:*

środa, 4 sierpnia 2010

Spisek;)

Wiele lat temu, w małej cukierni (piekarni) niedaleko rynku w Szczecinku kupiłam najlepsze bułki świata. Przepyszne, wieloziarniste, chrupiące, ciemne. Poezja:) Ideał:)
Od tego czasu bezustannie ( i bezskutecznie ) poszukuję takich bułek. Włażę do każdej piekarni, cukierni i ciastkarni, jaka mi się napatoczy, w złudnej nadziei, że znów mi się takie cuda trafią. I nic. Zdarzało mi się kupić bułki podobne, nawet bardzo podobne, ale nigdy nie były aż tak dobre, jak tamte. Rozważałam już nawet prawie na serio pomysł przeprowadzki do Szczecinka, by znaleźć się blisko źródła bułkowej rozkoszy;)

Ostatnio w czasie poszukiwań bułki idealnej zauważyłam, że właściciele okolicznych piekarni zawiązali podstępny spisek. Spisek przeciwko mnie i moim planom, które zakładają czasowe ograniczenie ilości spożywanych słodkości. Wszędzie, gdzie nie wejdę, zwabiona kuszącym zapachem świeżego pieczywa, pojawiają się nowe, nieznane mi ciasta, ciastka, ciasteczka, wafle, desery i insze słodkości o smaku kokosowym, czyli jednym z moich ulubionych.
Dość długo opierałam się pokusom tym, ale dziś pękłam na widok tego kokosowego cycka;)
Choć właściwie ze względu na jego rozmiar, uczciwiej by było nazwać go cycem:)
I wierzcie mi, wszyscy wielbiciele kokosu, też byście pękli;) I skusili się, jak i ja:)

niedziela, 1 sierpnia 2010

Parkowa niedziela:)

Jakoś ostatnio odzwyczaiłam się od pisania, fotorelacje bardziej mi się podobają:)
No, dobra - cierpię na lenia pospolitego w stadium wysoce zaawansowanym;)
Więc dziś też słów niewiele, za to porcja fotek ze spaceru po chorzowskim WPKiW z przyległościami:)

Jeszcze trochę parkowej mnie:
Parkowa pseudoplaża;)
Oczywiście jedzonko - kaloryczne, słodkie, pyszne:)
Na koniec - przebudowujący się Stadion Śląski, który - oprócz Zoo, Wesołego Miasteczka, Planetarium, basenów i skansenu - jest jakby częścią wielkiego parkowego kompleksu.
Miłego tygodnia:***