Zostałam dziś bladym świtem wyrwana brutalnie z ciepłego wyrka i zawleczona na giełdę samochodową, celem robienia za zagadywaczkę i podrywaczkę, czyli swego rodzaju zasłonę dymną (nie mylić z Anną).
Chrześniaczka chciała kupić samochód i poprosiła mojego M., żeby jej doradził.
- Ciocia, jedź z nami.
- A ja tam po co? Moje zdziwienie było uzasadnione, bo cała rodzina i znajomi z przyległościami doskonale wiedzą, że nawet nie potrafię zlokalizować w samochodzie sprzęgła, nie odróżniam pedału gazu od hamulca, a jedyne, czego jestem w miarę pewna to to, jak wygląda kierownica;)
- Ciocia, bo jak wujek będzie autu w bebechy zaglądał, to Ty będziesz zagadywała właściciela, co by nam nad głową nie sterczał i nie przeszkadzał w oględzinach.
Cóż było robić - zgodziłam się i przypadło mi w udziale podrywać i bajerować jakiegoś dziadunia:) Średnio mi to wychodziło, bo już zardzewiałam nieco w tym temacie a i dziadzio przeżywał pewnie trzecią czy tam czwartą młodość i jako erotoman-już-tylko-teoretyk słabo się starał;)
Po udanej (choć raczej nie dzięki mojemu bajerowi) transakcji szczęśliwa chrześniaczka odjechała nowym nabytkiem, a my zdecydowaliśmy się powłóczyć po giełdzie. Bo oprócz samochodów i szeroko pojętej motoryzacji można tam kupić wszystko: meble, sprzęt agd, chemię gospodarczą, narzędzia, ciuchy, jedzenie, psy, koty, starocie, kosmetyki, buty, altany ogrodowe, używane laptopy i cholera wie, co jeszcze. Jak się to u nas mówi - hasie, szkło i bele co, czyli szmelc, mydło i powidło;)
Małż kupił jakąś część zamienną do wiertarki czy tam inszej szlifierki a ja klapki.
A gdy wracaliśmy lunął deszcz (a ja sobie przypomniałam prognozy na najbliższe dni) i całą drogę powrotną jojczałam pod nosem: goopia babo, było kalosze kupić, nie klapki;)