poniedziałek, 12 lipca 2010

Wymiękam...

"...Wsłuchuję się w tę ciszę, nieciszę.
Patrzę, jak wietrzyk lekko kołysze
kłosy ze złotym brzemieniem w sobie...
I widzę miasto. Spalin gejzery,
w bloku mieszkanie osiem na cztery,
i myślę: Boże, co ja tu robię?..."

Ano, wymiękam tu:/ Ledwo żyję, ledwo oddycham, a wyglądam tak obrzydliwie, jak facet z reklamy Perspibloku, zlany wodą czyli potem od stóp do głów:/ Ciuchy mi się kleją do grzbietu, uda i zadek przyklejają się do wszystkiego, na czym siądę, najcudniejszym miejscem na ziemi dla mnie teraz jest moja własna ciasna kabina prysznicowa, najwspanialszym sprzętem zaś wentylator.
Prognoz pogody już nawet nie oglądam, bo ostatnio cudem i silną wolą jeno powstrzymałam się od pirzgnięcia w ekran trzymanym w dłoni pilotem. Nic mi się nie chce robić, nie chce mi się jeść ani myśleć nawet.
Chłopa swego wczoraj omal nie zakatrupiłam (taaaa, na to jedno siły miałam), jak zaproponował jakiś wypad. Wypad, autem bez klimy, taaa już się rozpędziłam, aż wiatr za mną świstał;)
Lodówka nie nadąża z produkcją lodu:)
I nawet zakupy nie cieszą.

piątek, 9 lipca 2010

Oda do loda;)

Waniliowy, truskawkowy
lub czekoladowy,
to nieważne - grunt, że chłodzi
ten przysmak lodowy.
Lody w gałkach, na patyku
a także z pudełka -
gdy je liżę i smakuję,
radość moja wielka:)
Wyśmienity na upały,
każdy smak ma doskonały.
Dobry zimą, pyszny w lecie,
o czym wszyscy dobrze wiecie:)

Moje lody:
zrobione osobiście, po prostu zamrożony koktajl truskawkowy, podlany adwokatem:)
Lody z Lidla, waniliowy z migdałami i czekoladowy z orzechami i kawałkami czekolady:)
Ostatnio były w promocyjnej cenie 1.11 (śmieszna, nie?), więc zrobiłam zapasy:) Tylko nie pytajcie, ile zostało;)
Jednak żaden z tych lodów nie przebije tych, które kilka lat temu jadłam w małej, rodzinnej lodziarni w Zwierzyńcu. Wśród kilku smaków (wszystkie przepyszne) były tam też lody o smaku chałwy i to był po prostu cud, miód i orzeszki:). Mój M. musiał wznieść się na szczyty błagalnej elokwencji, by mnie stamtąd odciągnąć. Do dziś pamiętam ten smak...
A jakie są Wasze ulubione lody?

wtorek, 6 lipca 2010

Morza szum?

"...morza szum, ptaków śpiew, pusta plaża pośród drzew..."

Cóż, wszystkie znaki na niebie, ziemi oraz inne wskazują na to, że w tym roku szumu morza będzie mi dane doświadczyć jedynie pod postacią testowanego właśnie (streetcom) krążka dowucetowego o zapachu morskim;)
Spuszczę wodę w toalecie i przy jej szumie zaciągnę się morskim zapachem krążka i tyle:/
A jak poczuję, że jeszcze do szczęścia brakuje mi piaszczystej plaży, to się udam do Katowic, tam przed SCC wysypali piasek, ustawili leżaki, powiesili hamaki i masz się czuć, biedny człeku z pustką portfelową, jak na nadmorskiej plaży. Co z tego, że palmy sztuczne, co z tego, że zamiast szumu morza słychać stukot tramwajów, zamiast zapachu smażącej się rybki czuć swąd spalin - jak Cię nie stać na urlopowy wyjazd, to się zadowalaj namiastkami, biedaku. I oglądaniem starych fotek z nadmorskich wakacji.
Tęsknię za morzem...

piątek, 2 lipca 2010

Zaginiony portfel;)

Lubię duże, gigantyczne wręcz torebki (torby, torbiszcza, torbofony). Pewnie dlatego, że zwykle targam wszędzie ze sobą nieprawdopodobną wprost ilość niezbędnych mi do funkcjonowania rzeczy, pół dobytku i dorobku nieomal.
Duże torebki, zwłaszcza tak wypchane czy też zapchane dobrem wszelakim, jak moje torby, mają jednak jeden duży minus - strasznie czasem ciężko wśród wypychających wnętrze rzeczy znaleźć tę właściwą, akurat potrzebną w danym momencie.
W każdym razie mnie się to przydarza nagminnie, zwykle potem następuje akcja pt. poszukiwanie zaginionej arki:). Tak jak dziś, przy kasie w Biedronce. Oczywiście szukałam portfela. Najpierw spokojnie, ale gdy za moimi plecami zaczęła się tworzyć kolejka, której "uczestnicy" zaczęli niecierpliwie mamrotać pod nosem i syczeć w moim kierunku, zaczęłam szukać portfela nieco energiczniej. I nic. Przekopałam wnętrze torby z lewej do prawej. Nadal nic. Potem z prawej do lewej. Zero efektu. Ludzie zaczęli syczeć jakby intensywniej, ale niewiele do mnie docierało, po mózgownicy, z lekka już spanikowanej, tłukło mi się tylko: zgubiłam portfel, zgubiłam portfel, ZGUBIŁAM PORTFEL!
Strach ścisnął mi serce. Co tam serce! Pamiętacie "Usta, usta" i Wilczaka z różą w zadku? Strach tak mi ścisnął pośladki, że bez trudu utrzymałabym między nimi nie tylko pojedynczą różę, ale wręcz bukiet cały, z wazonem włącznie.
Zaczęłam dziko ryć w torbie obiema rękami naraz i ta taktyka w końcu przyniosła efekt - drżącą ręką domacałam się portfela. Westchnęłam z ulgi, ludzie w kolejce też, choć pewnie z innego powodu.

Po tak stresujących przeżyciach zafundowałam sobie nagrodę. Pół kilo nagrody:) Teraz się odprężam, leżąc w zasięgu zimnego podmuchu z wentylatora i plując pestkami:)
Miłego weekendu:*